W najbliższych wyborach samorządowych wielu kandydujących to krewni polityków z pierwszych stron gazet i rodziny lokalnych notabli. W większości przypadków to działanie z wyrachowania, bo diety samorządowców nie należą do najniższych, a praca do najcięższych.
Wydaje mi się, że głosowanie na takich kandydatów może umacniać lokalne układziki, jakich pełno, szczególnie w gminach, powiatach i mniejszych miastach. Może to też budzić niezdrowe relacje, gdy radni zaczną wykorzystywać pozycję członka rodziny do wpływania na decyzje w mieście czy regionie.
Oczywiście rodziny polityków i notabli mają prawo do startowania w wyborach, ale moim zdaniem jest to działanie nieetyczne. Trąci też trochę nepotyzmem i złośliwi mawiają, że to nowe podejście do polityki prorodzinnej. Wyjątkiem od reguły mogą być ci, którzy wykazali się pozytywnymi działaniami w czasie poprzednich kadencji, gdy ich krewni nie byli jeszcze znani. Ale z ręką na sercu powiedzcie sobie sami, ilu takich jest? Właśnie dlatego na takie osoby głosował nie będę — wolę nie ryzykować.