Nowa akcja Wyborczej – „Największe grzechy polskich miast”

Gazeta Wyborcza rozpoczęła nową akcję „Przystanek Miasto” o przyszłości największych polskich miast. Oto, jak sami ową akcję opisują:

Debatę w ramach „Przystanku Miasto” rozpoczynamy od ujawnienia siedmiu grzechów głównych 21 polskich miast. Artykuły pełne pasji, prowokacyjnych sformułowań, ale i troski o przyszłość lokalnych społeczności napisali szefowie lokalnych wydań „Gazety Wyborczej”.

Akcja niegłupia, bo polskie miasta dostają teraz setki milionów euro i warto taką kasę wydać sensownie. Piotr Pacewicz pisze, że „taka szansa zdarza się raz na sto lat” i ciężko się z nim nie zgodzić…

Niestety, o olsztyńskiej części tej akcji wypowiedzieć się dobrze nie mogę, o czym więcej za chwilę. Ciekaw jestem, jak na akcję i wypowiedzi szefów lokalnych dodatków Wyborczej reagują ludzie w innych miastach? Czy opisano problemy Waszych miast sensownie i tylko olsztyński dodatek (jak zwykle) nie błyszczy? A może wszędzie RedNacze nie popisali się intelektem i choć zamysły w Centrali były słuszne, to wykonanie w terenie tradycyjne? ;)

Wróćmy jednak do Olsztyna. Opisywany przeze mnie tekst to „Siedem grzechów mojego miasta” autorstwa Ewy Zientarskiej, redaktor naczelnej olsztyńskiego dodatku do GW (Gazeta Warmii i Mazur).

Pozwolę sobie komentować wybrane akapity. Dla własnej wygody wybrałem te, z którymi się nie zgadzam, ewentualnie te w których są oczywiste bzdury…

Nie chodzi o to, by Olsztyn stał się Warszawą czy Gdańskiem. Ale czego naszemu miastu brakuje, by było mniej duszne? Co przeszkadza stać się przyjazną ludziom prowincją? O grzechach Olsztyna pisze Ewa Zientarska, Gazeta Wyborcza.

Zajawka interesująca i słuszna. Olsztyn nie powinien być ani Warszawą, ani Gdańskiem. Mogę też zgodzić się ze stwierdzeniem, że nasze miasto bywa „duszne” i że może nie być szczególnie przyjazne mieszkańcom i turystom. To dobre wrażenie psuje ciąg dalszy:

Gdy w 2004 roku wprowadziłam się do Olsztyna, zbaraniałam. Po Warszawie, Łodzi i Lublinie, w których mieszkałam wcześniej, Olsztyn wydał mi się nie tylko Polską B, ale w najlepszym wypadku Polską F.

Albowiem trafiłam tutaj na zesłanie? Przepraszam, ale tylko taki komentarz mi się na usta ciśnie. Trąci mi bowiem na milę zachowaniem określanym przeze mnie jako „wielkomiejstwo” — osoba przyjeżdżająca z większej miejscowości do mniejszej automatycznie uznaje mniejszą za prowincję, niezależnie od rzeczywistej wielkości i wszelkich walorów obu miejscowości.

Ohydny Dworzec Główny, ulice brzydkie, biedne, ze stylem pt. „brak stylu”. A w samym centrum, przy głównej ulicy rozpościerał się gigantyczny skwer — według mnie łąka. Dobrze, że nie pasły się tam krowy.

Ohydny dworzec to pozostałość epoki Gierka. Rzeczywiście jest brzydki, ale obwinianie o ten stan miasta jest śmieszne. Dworce są własnością PKP, a miasto ma niewielki wpływ na decyzje tej instytucji… czego doskonałym przykładem choćby Dworzec Centralny w Warszawie. Owszem, miasto może sporo zmienić przejmując dworzec od PKP i go remontując / budując od podstaw, ale na obie te rzeczy także trzeba mieć pieniądze i to niemałe. Może dlatego większość znanych mi dworców PKP w Polsce nie wygląda zachęcająco — wspomniany już Dworzec Centralny w Warszawie, brudne dworce w Białymstoku, Wrocławiu czy Katowicach, czy zrujnowane dworce w Iławie lub Bartoszycach. Wszyscy wygrzebujemy się z pozostałości PRL i narzekanie na dworce PKP przy omawianiu urody miast to lekka przesada…

Brzydkie ulice to także pozostałości po PRL oraz „podarek” od sołdatów Armii Czerwonej, którzy spalili 40% zabudowy Olsztyna po jego zdobyciu w styczniu 1945 roku. Przedwojenny Allenstein znany ze zdjęć to piękne i zielone miasto, ale wielu z tych budowli już nie ma. Po wojnie o „poniemieckie” miasta lokalne władze specjalnie nie dbały, o czym starsi mieszkańcy tych miast doskonale pamiętają. Wrocław, Kołobrzeg czy Elbląg to kolejne z długiej listy miast „rozwijanych” np. przez rozbiórkę budynków i wywóz cegieł do odbudowywanych miast w centrum Polski.

Gigantyczny skwer kojarzący się autorce z łąką to zwykły skwerek, wielkości przeciętnego parkingu strzeżonego. Zmieściłaby się na nim może setka samochodów osobowych — ciężko mówić tutaj o „gigantycznych przestrzeniach”.

Zaskakiwało mnie wszystko. Dojeżdżanie do Olsztyna pociągami, które dawno powinny trafić na złom i to że ostatni bezpośredni pociąg do Warszawy odjeżdża w okolicach godz. 17 (dlaczego Łódź wielokroć lepiej jest skomunikowana ze stolicą niż my?).

Niech mi ktoś „kumaty” wyjaśni, co wspólnego z jakimś miastem ma fakt podstawiania takich, a nie innych wagonów przez PKP? Specjalistą od pociągów nie jestem, ale AFAIK miasto nie ma wpływu na wygląd przedziałów i wiek podstawianego taboru.
Niech mi też ktoś wytłumaczy, czemu autorka pisze o czymś, o czym nie ma pojęcia i pojęcia mieć nie chce? Sieć kolejowa w dalszym ciągu odzwierciedla podziały zaborcze i łatwiej dojechać z Olsztyna do Wrocławia (cała trasa przebiega przez teren dawnej Rzeszy), niż do Płocka (zabór rosyjski). Poza tym z Łodzi do Warszawy też jakby ciut bliżej było, a i oba miasta większe…

Odchodząc na chwilę od tematu głównego — wyjazd z wielu miast po pewnej godzinie nie jest możliwy, a przejazdy nocą są możliwe tylko między skrajnymi częściami kraju. Żadna w tym wina samorządów miast, bo nie są one właścicielami PKP.

To, że prezydent, kiedy zaprosił mnie na kawę, głównie rozmawiał przez telefon, a w którąś z sobót listopada kilka osób z rzędu powiedziało mi „dobranoc” przed godz. 18.

So? W listopadzie o 18 jest już ciemno i odruchy u niektórych mogą działać — należy takiego urzędnika zwolnić? A zachowanie prezydenta miasta trzeba było opisać w gazecie, opatrując wrednym komentarzem. Jakoś sobie takowego komentarza nie przypominam…

Grzech urzędniczej buty
W Olsztynie za demokratyczną fasadą (wybory, konsultacje społeczne itd.) trzyma się PRL z wpływami carskiej Rosji. Tu urzędnik jest Panem — a petent ma być pokorny.

Z tym się zgadzam, podobnie jak z podanymi przykładami bzdurnego zachowania urzędników. Nie jestem sobie jednak w stanie przypomnieć jakiejś trwałej akcji wywierania nacisku na tych, którzy za te rzeczy odpowiadają. Przeciętny mieszkaniec miasta nie ma wielkiego wpływu na urzędników, lokalne media mogą naciskać na urząd, aby urzędnicy zmienili swoje podejście do petentów.

Grzech bojaźni
Olsztyniacy. Czy kiedyś za wypowiedź o urzędniku straciliście dotację lub stypendium? Komu się wtedy poskarżyliście? Dlaczego sądzicie, że jeśli pięknie nie podziękujecie za pieniądze (nie ratusza, podatników), to już ich nie dostaniecie?

Zobaczcie wreszcie, że takimi zachowaniami sami sobie takich urzędników hodujecie.

Aż chce się powiedzieć „przyganiał Kociołek Gierkowi”, bo lokalne media (w tym dodatek GW) nie są lepsze. Nikt nie chciał zainteresować się bliżej historią pewnej szkoły językowej, która miała olbrzymie długi, choć mieniła się być najlepszą w mieście. Krytyka była uwalana, bo ta szkoła wydawała sporo kasy na reklamę i nikt nie chciał gryźć ręki, która daje żarcie. Sprawę nagłośniono dopiero kilka tygodni temu, gdy do szkoły wszedł komornik i wiadomo było, że nie będzie już kasy za reklamy.
To samo dotyczy innych firm i innych przypadków, jak też kontaktów z urzędami. W lokalnych mediach władze brylują i nikt ich nie rozlicza. Nie ma twardych i ostrych wywiadów, nie ma kłopotliwych pytań i przerywania pitolenia, w którym politycy tak się lubują. Możemy obejrzeć lub przeczytać jedynie ugłaskiwanki, którymi mało kto jest zainteresowany… a które przypadkowy czytelnik może brać na serio, jako dowód dobrej roboty.

Grzech nudy
Śmieszą mnie kosmiczne nazwy w naszym małym Olsztynie przypominające, że pięć wieków temu był tu Kopernik – Urania (hala sportowa) i Planeta (biblioteka). Bardziej od wybitnego astronoma obchodzą mnie żywi olsztyniacy, którym Bóg dał talent i którym coś się chce. Bardzo bym chciała, by to oni narzucali wyraźny klimat Olsztynowi.

Tutaj po raz kolejny z redaktorki wylazła niekompetencja. Nazwa Urania została przyjęta w latach 80-tych w plebiscycie jednej z gazet codziennych — chyba (nieistniejącego już dziś) „Dziennika Pojezierza” i nawiązywała do „kosmicznego” wyglądu hali sportowej (przypomina trochę latający talerz), podobnego do planetarium. Z kolei nazwa „Planeta” to bezpośrednie nawiązanie do Planetarium, w którego budynku biblioteka się znajduje.
Bezsens tych stwierdzeń jest podobny do narzekania na nazwę wrocławskich dzielnic Krzyki i Psie Pole czy warszawskiej Chomiczówki. Nikt tam przecież nieustannie nie krzyczy, a i pewnie hordy psów nie ganiają się z hordami chomików…

Nie rozumiem również, czemu Olsztyn nie ma szczycić się tym, że miastem zarządzał Kopernik. Ile miast w Polsce może się Kopernikiem pochwalić? Na całym świecie miasta szczycą się słynnymi obywatelami i tak jak Gdańsk szczyci się Fahrenheitem, a Świdnica baronem von Richthofenem, tak Olsztyn może i powinien szczycić się m.in. Kopernikiem.

Grzech brzydoty
Pokłony dla tych, którzy pięknie odnowili Stare Miasto. A ciężkie baty za zabicie głównej ulicy – pruski areszt, różowiutki ratusz, peerelowski Dukat plus nowoczesna Alfa. Za zrujnowane przepiękne kamienice przy ul. Mickiewicza, Partyzantów, Warmińskiej, Mrongowiusza… Za to, że latami niszczały cudowna kamienica przy placu Bema i secesyjny pałacyk przy Dąbrowszczaków. To wszystko ciężki grzech lekceważenia, tego, co mamy tutaj pięknego.

Zaś ten fragment to ciężki grzech ignorancji…
„Piękne odnowienie” starówki to postawienie na niej budynków, które do niej nie pasują. Postawiono je na granicach starych fundamentów — to plus, bo zabudowa nie zniszczyła starej geometrii rynku. Niestety, nowe budynki pasują do starej zabudowy, jak pięść do nosa. Nie są ani budynkami wiernie naśladującymi starą architekturę, ani nie są budynkami z gruntu nowoczesnymi, które do tej architektury by pasowały, jednocześnie z nią kontrastując. Odnowa bardziej przypomina porównanie „zamkowatych” gargameli do średniowiecznych zamczysk. Zresztą proszę rzucić okiem na zdjęcie lotnicze olsztyńskiej starówki — geometria jest zachowana, ale nowe budynki widać od razu.

Autorka narzeka na pruski areszt (na marginesie: skwer na zdjęciu został zabudowany centrum handlowym). Wykorzystywany jest do dzisiaj i zgadzam się, areszt śledczy działający w środku miasta może nie zachwycać. Nie mogę jednak narzekać na jego urodę — to zabytek, zaś architektura neogotycka broni się sama.

Różowiutki ratusz” to budowla w stylu neorenesansowym sprzed stu lat, też zresztą będąca zabytkiem. Kolor elewacji nie musi się podobać, ale to tylko farba — za kilka lat trzeba będzie ją odnowić i wtedy będzie można wybrać inny kolor. Zresztą nie jestem pewien, czy przypadkiem ów róż nie został wybrany po konsultacjach z konserwatorem zabytków.
„Peerelowski Dukat” to dom handlowy w centrum miasta, podobny trochę do warszawskich „Domów Centrum”, zbudowany w latach 60-tych bądź 70-tych. Nie jest to budynek efektowny, ale ciężko obwiniać zań obecne władze miasta — to pozostałość po poprzednim ustroju. Na dodatek ów budynek ciężko wyburzyć, bo… bingo, nie należy do miasta. Dopóki będzie nadawał się do eksploatacji, to niewiele można wymusić na właścicielu. Dopiero po wyburzeniu można domagać się czegoś bardziej dopasowanego do otoczenia, ale nie wcześniej.

Zaniedbane kamieniczki to także efekt lat PRL i przeznaczania takich budowli na mieszkania komunalne. Ich remont przekracza możliwości finansowe miasta, a wysiedlić mieszkańców nie ma gdzie. Mnie również stan tych budynków nie zachwyca, szczególnie że kilka dni temu odpadający z jednego z nich (chyba akurat prywatnego) tynk o mało nie zabił mojej żony.

Z całej listy narzekań sens ma tylko narzekanie na centrum handlowe Alfa, wybudowane w centrum miasta, tam gdzie kiedyś był ów „gigantyczny skwer” z początku artykułu. Budowa takiego obiektu w centrum miasta to idiotyzm z punktu widzenia komunikacyjnego czy też z punktu widzenia wartości ziemi. Na dodatek zamiast przemyślanej lekkiej budowli komponującej się z otoczeniem postawiono klocek, przypominający wyglądem konstrukcje z Gierłoży.

I patrz grzech trzeci – ignorowanie ludzkiego potencjału. Twórczych, rozsądnych architektów przecież w Olsztynie nie brakuje. Wykorzystajmy ich lepiej z korzyścią dla miasta.

Z tym ponownie się zgodzę. Olsztyńska architektura nowoczesna to koszmar estety. Centrum Handlowe „Alfa” wygląda jak bunkier. Kolejnym bunkrem jest niedawno ukończone Centrum Handlowe „Victor” (na zdjęciach jeszcze w budowie). Jeszcze jedną perełką jest „dobudówka” do starej kamienicy w centrum miasta (tuż obok Ratusza), zwana przez mieszkańców Sarkofagiem lub Katafalkiem.

Grzech zaniechania
Niemcy wiedzieli, co zrobić z atutami Allenstein. My, niczym wyznawcy religii „ciesz się tym, co dała Ci natura, nie ulepszaj”, wolimy dziką przyrodę ze śmieciami. Mamy 12 jezior, wijącą się rzekę, a tylko jedną zagospodarowaną plażę i jedną porządną knajpę nad Krzywym.

Porządnych knajp mamy więcej, ale zgodzę się, że wiele potencjalnych atutów Olsztyna nie jest wykorzystanych. Nie wiem, na ile to wina osób miastem rządzących, na ile wina przepisów czy skomplikowanych stosunków własnościowych. W centrum miasta mamy ogródki działkowe, które bardzo chętnie wymieniłbym na park plus kamieniczki nad rzeką Łyną — ot taki olsztyński Długi Targ w miniaturze. To jednak raczej marzenie ściętej głowy, bo teren chyba wciąż jest lekko podmokły, a i zarząd ogródków działkowych będzie bronić każdego zagonu rzodkiewki do ostatniego buraka… lub na odwrót.

Grzech zachowawczości
Zazdrościmy ludziom z innych miast:

  • knajp z kawą, otwartych o godz. 8 rano,
  • basenu,
  • siłowni czynnych w godzinach dogodnych dla zapracowanych ludzi,
  • sklepów, w których można kupić od ręki każdą książkę lub płytę,
  • dobrego połączenia ze stolicą,
  • zielonej fali,
  • dworca PKP, którego nie trzeba się wstydzić…

Słowem tego, co daje nowoczesne miasto. Niekoniecznie wielkie — Pasym i Ostróda mają fajne baseny.

Knajpy z kawą podawaną o ósmej rano istnieją, choć nie ma ich wiele. Problem polega na tym, że nikt nie będzie otwierał takich knajp bez zapotrzebowania… a te jest niewielkie. Jak znam życie, to więcej osób wolałoby o ósmej rano wypić piwo ;)
Siłownie czynne wieczorami istnieją, choć niekoniecznie są to te siłownie, do których chciałaby uczęszczać pani redaktor. Nie można jednak powiedzieć, że siłowni czynnych dłużej w Olsztynie nie ma.
Sklepów, w których od ręki można kupić każdą książkę lub płytę to ja nawet w Warszawie nie znam. Ba, nawet w Amazonie nie da się wszystkiego kupić od ręki — niektórych pozycji tam nie było, nie ma i przypuszczalnie nie będzie.
Dobre połączenie ze stolicą jest, lepsze mogłoby być wtedy, gdyby Olsztyn miał swój pasażerski port lotniczy. Nie można jednak liczyć na kursy InterCity z Olsztyna — po prostu nie ma aż takiego zapotrzebowania na przejazdy z i do Olsztyna. Pomijam oczywiście fakt, że miasto nie ma wpływu na PKP, o czym pani redaktor nieustannie zapomina. Zapomina też o tym, że miasto nie jest właścicielem dworca PKP i nie bardzo może coś z tym zrobić, bo do tego potrzeba dwóch stron. Oczywiście naciski na PKP i wspólne działania w sprawie planowanego już remontu / przebudowy dworca są mile widziane, ale…

Dlaczego więc większość z nas w wyborach zagłosowała na tych, którzy nam tę nowoczesność bardzo oszczędnie dawkują?

Bo wolimy to, co sprawdzone i oswojone. Nowości się boimy, w najlepszym wypadku nie czujemy ich przyciągania. W Olsztynie wystawy w BWA nie kończą się głośną dyskusją, sporem, a jeśli mowa o nowych budynkach wśród zabytkowych kamienic – to wielu krzyczy „niech będą podobne do tych, które są!”.

Prawdę mówiąc wolę stopniowy i przemyślany rozwój, niż rewolucjonistów z ambitnymi i uduchowionymi wizjami. Wolę też, gdy architektura jest spójna — „nowoczesnych” niespójności w mieście mamy od cholery i ciut ciut, więcej chyba nam nie potrzeba. Takim nowym budynkiem jest „Alfa” — jak wygląda centrum, wszyscy mogą obejrzeć na zdjęciach. Wolałbym, żeby ktoś dogadał się z Centralnym Zarządem Służby Więziennej (czy kto tam jest właścicielem aresztu) i postawił gdzieś nowy areszt, a stary przebudował na oryginalne centrum handlowe. Jest Stary Browar, mógłby być i Stary Areszt. Ludziom i tak wszystko jedno, gdzie idą, a reklama byłaby na cały świat…

To dlatego Olsztynowi brakuje świeżości, a to, co nowe, importują przyjezdni – Kijowski robi teatr, facet z Warszawy otworzył kawową knajpę…

No i znowu wychodzi z pani redaktor „wielkomiejstwo”, bo naprawdę nie wszystko w Olsztynie pochodzi z importu. Ot, taki na przykład pub muzyczny „Alchemia” z koncertami Mikołaja Trzaski czy Krzysztofa Ścierańskiego jest prowadzony przez olsztyńskie małżeństwo. Trzeba to tylko zacząć zauważać, a z tym nie jest u autorki najlepiej…

Grzech alfocentryzmu
Gdy na rok przed wyborami samorządowymi w samym centrum miasta stanęła Alfa – wymowny symbol zmian w naszym mieście – ruszyliśmy do niej hurmem. Teraz przychodzi do niej pół miliona ludzi miesięcznie, w tym ja, absolwentka filozofii. A gdzie indziej mam iść w Olsztynie w zimowy wieczór? Jakie inne miejsce przyciągnie mnie życiem, świeżością, ruchem?

Pani Ewa nie wystawia nosa poza ustalone szlaki — jej wybór. Doprawdy nie wiem jednak, czym miasto zawiniło? Jak ktoś ma trzy ulubione miejsca na krzyż i nie ma zamiaru poznawać nowych, to przecież to jego osobisty wybór i… jego osobisty problem.

Kocham kino, spacery i knajpy. Szkopuł w tym, że tu dobry film mogę obejrzeć raz na dwa tygodnie i dużo później niż mieszkańcy innych miast.

Mogę zgodzić się z tym, że w Olsztynie nie można obejrzeć wszystkich filmów, ale totalną bzdurą jest twierdzenie, że premiery filmów są opóźnione. Czy to „Ryś”, czy inne nowości ostatnich paru lat mogłem obejrzeć razem z innymi. Ba, nawet premiera „Revenge of the Sith” miała miejsce o północy, jak przystało na cywilizowane miasto.

Spacery? Zimą nadaje się na nie tylko piękna Starówka, znam tu już każdy kamień.

Jest jeszcze Las Miejski, tereny nad jeziorami, parki i parę innych miejsc, trzeba tylko chcieć się ruszyć.

Knajpy? Na puby jestem za stara, na Różaną za młoda (nie oszukujmy się, to knajpa w której dobrze się czują wiekowe Niemki), dlatego zostaje Karczma Jana albo Przystań na Krzywym.

Aż dziwne, że w tej liście narzekań nie ma obwiniania miasta za długie jesienne tygodnie silnych wiatrów, krótkie zimowe dni czy choćby za śnieg roztapiający się na chodnikach…

Chętnie spróbowałabym wietnamskiej czy arabskiej kuchni. Przewróciło mi się w głowie? A dlaczego? Skoro na angielskiej prowincji może działać perska restauracja, to dlaczego u nas nie?

Knajpy wietnamskiej w Olsztynie już nie ma, ale są przynajmniej dwie chińskie. Jedzenie arabskie też da się zjeść, podobnie jak meksykańskie. Dodatkowo mamy świetną naleśnikownię, których to lokali w Polsce nie ma tak znowu wiele — znam jedną w Toruniu i jedną w Warszawie.
Abstrahując od istnienia lokali z egzotycznym jedzeniem znowu przyczepię się do autorki. Porównywanie Olsztyna (czy większości średniej wielkości polskich miast) do miast Wielkiej Brytanii nie ma najmniejszego sensu. Gdybyśmy mieli tak liczną mniejszość z krajów azjatyckich, to mielibyśmy również dziesiątki lokali z jedzeniem hinduskim, wietnamskim, chińskim i dowolnym innym. Oczywiście można na siłę zaimportować trochę obcokrajowców, ale chyba nie w tym rzecz, prawda?

Uff… tekst wyszedł długi, mam nadzieję że przynajmniej dało się go szybko przeczytać. Skoro jednak ma być jakaś debata na temat Olsztyna, to nie da się tego artykułu skomentować w trzech zdaniach. Nie wiem zresztą, czy jakakolwiek sensowna debata może się ograniczać do paru zdań.

PS. Dyskusja pod rzeczonym artykułem jest średnio merytoryczna, a za wiele wypowiedzi mieszkańców Olsztyna (czy aby na pewno?) PT. Czytelnictwo przepraszam. Da się w niej jednak znaleźć kilka sensownych wypowiedzi, z którymi mogę się zgodzić, a których nie będę już tutaj cytował — i tak jest sporo tekstu.

This entry was posted in Media, Olsztyn, WWW & Net. Bookmark the permalink.

4 Responses to Nowa akcja Wyborczej – „Największe grzechy polskich miast”

  1. btd says:

    Bylem parę razy w Olsztynie i nigdy się nie nudziłem.
    Ta pani ‚redaktor’ faktycznie najlepiej by zrobiła wracając do warszafki, bo nic innego jej nie pasuje, bo jest nie ‚metropolitalne’. Tyle lasów i jezior mieć w mieście i narzekać że nie ma co robić? Nieźle zblazowana jest i tyle

  2. Wiesz, wkurzający jest jej brak znajomości historii miasta. Nie wymagam od niej, żeby znała historię każdej uliczki i każdego budynku — to byłaby spora przesada. Wydaje mi się jednak, że skoro się kobita wypowiada na temat nazw poszczególnych obiektów, to wypadałoby spytać kogoś, kto te „odległe” czasy pamięta.

    Nieustannie zadziwia mnie i zadziwiać będzie jej ględzenie o PKP w kontekście możliwości zmian w mieście. Równie dobrze można byłoby się czepiać władz Krakowa o cenę bajgli na Rynku, władze Warszawy czy Torunia można byłoby opieprzyć za czystość Wisły, zaś władze Gdańska za sztormy na Bałtyku i cofkę.
    Oczywiście w teorii Kraków może wyznaczyć maksymalną cenę bajgli, Warszawa i Toruń wydać miliardy na oczyszczenie Wisły, zaś Gdańsk może zbudować zapory chroniące miasto przed cofką, albowiem w teorii nie ma różnicy między teorią a praktyką. W praktyce jest…

  3. Piecu says:

    Co ona chce od tego aresztu? Wg mnie wygląda super.

    P.S. Skoro Gosiewski mógł otworzyć dworzec we Włoszczowej, to pewnie i władze Olsztyna mogą coś podziałać w sprawie kursów pociągów :P

  4. Mateo says:

    Ja jestem w Warszawy, natomiast mam znajomych, którzy po kilkunastu latach mieszkania z W-wie powiedzieli „goodbye” i pojechali spowrotem do Olsztyna i są jakby… bardziej szczęśliwi. Znaleźli szybko pracę, mają większe mieszkanie… No i są u siebie. Więc, wydaje mi się, że aż tak strasznie w Olsztynie nie jest… :)

    Ja z W-wy na razie się nie wyprowadzam – ani do Olsztyna, ani gdziekolwiek. Osobiście nie wyobrażam sobie mieszkania poza W-wą. No, chyba, że poza granicami Polski…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>