Zakalec z szarlotki…

Artur Kurasiński skrobnął wpis o rewelacyjnych wynikach finansowych Apple, tytułując go „szarlotka z konkurencji”. Skomentowałem go i miałem skrobnąć kolejny komentarz, ale ten zaczął się rozrastać. W miarę rozrastania zaczął zmieniać kierunek i z początkowej dyskusji z Arturem wyszła mi mała analiza tego, co wielu okrzyknęło jako „sukces iPhone”. Skoro tak, to chyba warto puścić całość tutaj ;)

Wprowadzenie

W swoim wpisie i komentarzach Artur cytuje wyniki z rynku amerykańskiego, choć ma on się średnio do rynków światowych:

@ Mikołaj: Rynki są różna ale trend jest podobny — wszędzie gdzie operatorzy dali ajfonowcom rozbudowany pakiet transmisji danych okazalo sie, ze ten telefon jest numero uno pod wzgledem korzystania z przegladarek, internetu itd.

Nie czapkuje przed apple tylko pokazuje — jesli operatorzy w koncu zdecyduja sie mniej zarobic (w pierwszym etapie) na obnizce cen za ?data? to w rezultacie zrobia wreszcie rynek ?mobilnego internetu? ktorego tak wszyscy wygladaja. Case MMS pokazuje to dobitnie — wysokie ceny = brak masy krytycznej userow.

A propos rynek japonskiego — Nokia wlasnie sie z niego wycofala kilka miesiecy temu. W USA telefony Nokia jest wsrod biznesmanow nie wystepujace — tam rzadzi BlackBerry. Ot roznice rynkowe :)

Zachciało mi się sprawdzić tezę o powiązaniu wolumenu sprzedaży iPhone z dobrymi warunkami pakietów transmisji danych. Generalnie zgadzam się z Arturem, że obniżenie stawek za transmisję danych (a najlepiej ryczałt), będą docelowo generować większe zyski zarówno u operatorów, jak i u producentów sprzętu oraz szeregu firm trzecich. To rozumie każdy użytkownik Sieci i komórek z ciut dłuższym stażem i potrzebami. Sęk w tym, że aby doszło do zmian u operatorów, potrzeba tam kogoś z horyzontem ciut szerszym, niż wyniki za najbliższy kwartał. Pewnie i my się tego doczekamy, ale kiedy? Chyba nie podjąłbym się prorokowania.

Sukces w USA

Wracając jednak do tytułowej szarlotki, to zasługa iPhone jako urządzenia jest w tym niewielka, choć związek oczywiście jest. Apple wymogło (dogadało się / wybłagało / potrzebne dopisać) na AT&T udostępnienie nielimitowanej transmisji danych w ramach abonamentu. Pamiętajmy jednak o przyczynach tego kroku, a jest ich kilka.

Pierwsze primo

iPhone to telefon dobry na mało wymagający rynek amerykański. Jednak nawet tam musiał mieć dodatkowy bodziec do zakupu, czyli właśnie pakiet danych. Tym pakietem przebijał ofertę konkurencji osikowym kołkiem, kładąc ją do grobu. Prawdę mówiąc Apple mogłoby nawet nie mieć iPhone w sprzedaży, a ta oferta i tak by chwyciła.

Drugie primo

Nielimitowany pakiet był potrzebny Apple w związku z filozofią korzystania z iPhone, czyli pchania wszystkiego (instalacja nowego oprogramowania, aktualizacja OS etc.) online. Tego nie dało się zrealizować bez opłaty ryczałtowej. Ta filozofia wynika zresztą z nadrzędnej polityki Apple, czyli „trzymaniu łapy” na konsumencie, ale to inna bajka.

Trzecie primo

Pakiet nielimitowanej transmisji danych gwarantował wysoką sprzedaż i pozwalał maszynie propagandowej Apple na działania. Podstawową było rozkręcenie hype wokół rzekomej rewolucyjności aparatu i powiązanie wysokiej sprzedaży właśnie z jego możliwościami. Choć tak naprawdę rewolucyjne były właśnie zasady płacenia za transmisję danych, to jednak te nie były eksponowane. W kontekście dogadywania się z operatorami w innych krajach to był świetnie pomyślany krok. Hype wokół iPhone został rozkręcony maksymalnie i pod tym względem chyba więcej nie dałoby się zrobić.

Jednak trzeba spojrzeć prawdzie w oczy — Apple było w stanie wymóc taki pakiet tylko na rynku amerykańskim. Jeśli dobrze kojarzę, na pozostałych rynkach nielimitowanej transmisji danych już nie ma, czego pochodną są wyniki sprzedaży poza USA. Zresztą tutaj dane nie są zbyt chętnie ujawniane i ciężko o numerki, które na dodatek też można różnie interpretować. Apple uważa za sprzedane terminale dostarczone operatorom, ci z kolei sprzedane użytkownikom. Tak naprawdę obie strony powinny liczyć dopiero te aktywowane, ale marketing ma swoje prawa.

Apple sprzedało do końca I kwartału 2009 około 17 milionów iPhone obu generacji sprzedanych na całym świecie. Rzecz jasna liczba ta oznacza aparaty sprzedane operatorom, ile faktycznie trafiło do odbiorców i zostało aktywowanych, tego nie wiadomo. Biorąc pod uwagę prognozy mówiące o 45 milionach sprzedanych do końca 2009 roku to niewiele, ale rzućmy okiem na detale.

Wątpliwości w Europie

Na rynku europejskim sukces iPhone jest raczej propagandowy, bo przy podobnej zamożności obywateli i wielkości rynku sprzedaż jest dużo mniejsza. Tutaj widać jak na dłoni, że sukces zależy tak naprawdę nie od iPhone, ale od pakietu nielimitowanego transferu danych. W USA penetracja rynku jest spora, teoretycznie posiadaczami „japkofonu” jest ~3% mieszkańców USA. Jeśli przyjąć to za miernik sukcesu, to w Europie powinno w sumie sprzedać się jakieś 10-11 milionów aparatów, podczas gdy sprzedała się prawdopodobnie połowa tego. Niestety, dane dla poszczególnych krajów są rzadko dostępne.

Wielka Brytania

Pięciokrotnie mniejszy rynek obywateli mówiących tym samym językiem i o podobnej zamożności. Gdyby trzymać się proporcji z USA, w UK powinno się sprzedać ~2,5 miliona egzemplarzy. Tymczasem w ciągu 16 miesięcy sprzedano tam jedynie milion iPhone. Warto zauważyć, że sprzedaż jest wspierana przez brak związania z operatorem, więc część z tych aparatów zostało zakupionych przez użytkowników z innych krajów. Apple na rynku brytyjskim ustępuje pola Nokii, która milion egzemplarzy modelu N95 sprzedała w ciągu zaledwie 7 miesięcy.

Polska

W naszym pięknym kraju oficjalnie sprzedano około 100 tysięcy egzemplarzy, w związku z czym odtrąbiono sukces. Ma on polegać na zaspokojeniu „całkowitej chłonności polskiego rynku na ten produkt”. To raczej robienie dobrej miny do złej gry, bo przecież rynek spokojnie mógłby wchłonąć 2-3 razy więcej. Część tego zapotrzebowania zaspokoiła tradycyjna dla Polski instytucja „importu prywatnego”, ściągając kilkadziesiąt tysięcy aparatów z USA, Francji i Wielkiej Brytanii. Biorąc pod uwagę zmasowaną kampanię promocyjną, łącznie z tworzeniem fałszywych kolejek, można chyba zapomnieć o sukcesie. IMHO nasze podwórko dobitnie pokazuje, że jakość pakietu usługo oferowanego przez operatorów ma największe znaczenie.

Klapa w Azji

W Azji można mówić o totalnej klapie. Choć rynek azjatycki jest większy od połączonego europejskiego i amerykańskiego, to jednak Apple poniosło tam spektakularną porażkę. Na rynku zamieszkałym przez połowę ludzkości sprzedano około 600 tysięcy aparatów. Oczywiście duże nadzieje wiązane są z ekspansją na rynku chińskim, ale to jedynie prognozy. Nie muszą się zresztą spełnić, bo cena iPhone do najniższych nie należy, a Apple nie ma w Chinach mocnej pozycji. Dodatkowo na tamtejszym rynku jest wiele podróbek i „inspiracji” — tańszych i dostępnych bez wiązania się z operatorem.

Japonia

W kraju liczącym 127 milionów mieszkańców sprzedano około 400 tysięcy aparatów. Gdyby przyjąć kryterium USA, to Japończycy powinni kupić 10 razy więcej terminali. Biorąc pod uwagę uzależnienie tambylców od telefonów komórkowych oraz wprowadzenie niezbędnych modyfikacji, można mówić o klęsce. Owszem, sprzedaż trwa niecały rok, ale większość aparatów zakupiono latem 2008 roku. Obecnie nie ma nim zainteresowania, nawet przy rozdawaniu za darmo (oczywiście w połączeniu z dwuletnim abonamentem). Nie jest to produkt dostosowany do gustów Japończyków (instalacja ikonek nie wystarczy), nie jest produkowany w Japonii, a i warunki sprzedaży nie były dostosowane do realiów tamtejszego mocno konkurencyjnego rynku. Last but not least: w porównaniu z konstrukcjami japońskimi iPhone jest po prostu telefonem przedpotopowym.

Tajwan

Nie bardzo wiadomo, dlaczego Apple zdecydowało się na sprzedaż iPhone na Tajwanie dopiero od grudnia 2008 roku. Do końca marca sprzedano około 25 tysięcy egzemplarzy, połowę zakładanego planu. Według relacji prasowych przyczyną klapy są źle ustawione plany taryfowe, wysoka cena oraz nasycenie rynku przez aparaty sprowadzane z Hong Kongu. Utrudnia to trochę obliczenie, jaka teoretycznie powinna być tam sprzedaż przy 23 milionach mieszkańców. Biorąc jednak pod uwagę kryterium USA, powinno tam być jakieś 700 tysięcy użytkowników.

Indie

Choć ciężko porównywać zamożność przeciętnego Hindusa do zamożności przeciętnego Amerykanina, to jednak musimy pamiętać o liczbie mieszkańców Indii — ~1,15 miliarda. Szybko bogacąca się klasa średnia to niewielki procent mieszkańców, ale przy efekcie skali teoretycznie iPhone był kierowany do grupy kilkudziesięciu milionów odbiorców. Teoretycznie, bo cena ustalona na poziomie kilkukrotnie wyższym niż w USA zrobiła swoje — sprzedano poniżej 20 tysięcy aparatów.

Podsumowanie

Cytowane tutaj liczby chyba dość dobrze ilustrują tytułową tezę. Kluczem do sukcesu Apple nie jest iPhone jako taki, ale dobrze wynegocjowane pakiety taryfowe, najlepiej zawierające nielimitowany transfer danych. Bez dobrego pakietu sprzedaż iPhone leży nawet w tych krajach, w których siła nabywcza obywateli jest porównywalna (lub większa) z siłą nabywczą przeciętnego Amerykanina.

This entry was posted in WWW & Net and tagged . Bookmark the permalink.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>