4 czerwca 1989

Wiosna 1989 była bardzo interesująca. Rozmowy Okrągłego Stołu, ich zakończenie, piękna pogoda i wyczuwalne oczekiwanie na coś nowego. Nie bardzo wiadomo, na co, wszak nikt sobie nie zdawał sprawy z tego, co będzie. Kampania wyborcza była niezauważalna, patrząc z dzisiejszej perspektywy. Gazety Wyborczej na oczy nie widziałem, nawet nie wiem, czy docierała do Olsztyna. Pamiętam jedynie stoły rozstawione przy kościele Najświętszego Serca Pana Jezusa (mniej kojarzącym — skrzyżowanie Kopernika i Mickiewicza). Rozdawano przy nich karteczki z instrukcją głosowania — kogo na której liście zakreślić. Żałuję, że nie wziąłem tych karteczek… a jeśli wziąłem, to że nie zachowały się do dziś…

Ojciec na wybory poszedł pierwszy i przyniósł do domu wszystkie karty do głosowania. Popatrzyliśmy na nazwiska Solidarności: Sejm obstawiła Grażyna Langowska, Józef Lubieniecki i Zenon Złakowski, Senat Erwin Kruk i Antoni Jutrzenka-Trzebiatowski. Nazwiska, poza ostatnim, pamiętam do dziś. Co ciekawe, pierwsza dwójka sprzyja dziś PiS, trzeci to LPR/Libertas, pozostała dwójka polityką się nie zajmuje. Ale nie ma sensu psucie wspomnień dzisiejszymi wydarzeniami…

Dzięki rodzinnej decyzji dostałem karty wyborcze do ręki i mogłem brać udział w wyborach. Nie tylko wrzucając głos do urny, ale po prostu wypełniając pola krzyżykami. To były moje pierwsze wybory, w których brałem czynny udział. Gdybym zdawał sobie sprawę z ważności i wyjątkowości tego faktu, może zrobiłbym jakieś fotki pamiątkowe, niczym Siwa. Niestety, fotek brak i tylko mam wspomnienia.

Po wyborach zapanował entuzjazm. Wiadomo było, że nadchodzą Zmiany. Nadal niewiele osób wiedziało, na czym mają polegać i jak to wszystko będzie wyglądać. O przystąpieniu do NATO nikt nie myślał, podobnie jak o wejściu do EWG. Ba, to chyba była ówczesna political fiction. Może to i lepiej?

Dziś żal mi trochę, że nie potrafimy w Polsce stworzyć podobnej atmosfery jedności i wspólnie pracować dla dobra kraju. W 1989 roku wydawało się, że wszystko jest możliwe. Nawet jeśli nie natychmiast, to przecież za rok czy dwa na pewno. Być może była to naiwność, ale wolałem ówczesną atmosferę od dzisiejszych przepychanek i wszechobecnej agresji.

This entry was posted in Media, Olsztyn, Polska. Bookmark the permalink.

8 Responses to 4 czerwca 1989

  1. Olgierd says:

    Bogiem a prawdą chyba bym wówczas nie poszedł na wybory, nawet gdybym mógł. Moje poglądy oscylowały wówczas gdzieś między KPN a Solidarnością Walczącą. Wiele z tego nie rozumiałem ;-) ale dogadywanie się z czerwonym chyba mi nie pasowało.

    Nb. dlatego troszkę później, w wyborach prezydenckich, głosowałem na „tego trzeciego” kandydata (który okazał się drugim). Nawiasem mówiąc prezentował on wówczas sporo wolnorynkowego programu.

    Dawne dzieje, oj zapłaczem dziś zapłaczem ze wzruszenia ;-)

  2. CoSTa says:

    Yeah, też bym z chęcią dla odmiany poczuł po prostu chęć zmian i idącą z nimi w parze odrobinę ufności w to, że oddaję swój los w dobre ręce. Ostatnio mieli tak chyba Amerykanie wybierając prezydenta – jakoś ta atmosfera potrafiła i w naszym kraju się udzielić.

    Trochę szkoda, że nie czuje się już tego – jak to nazwać… – uniesienia? Owszem, może i naiwne to ale też nie mogę się pozbyć wrażenia, że po prostu lepiej się ludziom żyje, gdy stoi u podstaw ich życia jakaś pełna optymizmu idea.

  3. Mekk says:

    Byłem pośrodku liceum. Na dwukasetowym magnetofonie otrzymanym od rodziny za dostanie się tamże robiłem 17-e kopie piosenek Kaczmarskiego (nagranych przez kogoś chyłkiem z Wolnej Europy) ale też jak najbardziej legalnej kasety SDM-u (której orginał chętnie bym kupił gdyby się tylko gdzieś dało). W czasie kontraktowych wyborów latałem po mieście lepiąc na klej z mąki plakaty z „Wałęsą” (Ambroziak i Dyner). I wierzyłem, że dzieje się coś wielkiego.

    Trochę mi dzisiaj żal tej wiary i tego entuzjazmu, na który muszę nałożyć dzisiejszą wiedzę.

  4. Pingback: Jarmark - Notatnik zapisywany wieczorami

  5. Jeremy says:

    Użyłeś w tym wpisie słowa-klucza który być może tłumaczy, dlaczego mamy teraz takie trudności i „że nie potrafimy” – słowem tym jest „pracować”. To co wtedy zapoczątkowały tamte zrywy powinno się było przekuć w mozolną pracę. Wspólną, z wytyczonym celem. Z tym niestety już od dawien dawna mamy poważne problemy. Jako naród.

  6. Prawdę mówiąc nie wiem, czy mamy problemy z pracą. Nasi emigranci chwaleni są za pracowitość i rzetelność. Być może chodzi o małą umiejętność wspólnej i mozolnej pracy? Z tym zgodziłbym się prędzej, acz nie do końca. W Polsce działa ponad 2 miliony firm i w większości z nich ludzie pracują mozolnie i wspólnie.

    Wydaje mi się, że problemem jest coś innego. W 1989 roku wszyscy mieliśmy ten sam start — z nędzy PRL. Nie eksponowano też tak bardzo „konsumpcyjnego stylu życia”, bo i przykładów właściwie nie było. Z dzisiejszej perspektywy własne M-4, dacza i samochód, ówczesny szczyt stanu posiadania, brzmią dziś blado.

    Przykłady oglądane dziś w TV nakazują olewać innych i wydzierać swoją działkę w dowolny sposób, byle szybciej. Wyścig szczurów w korporacji jest dobry, osoby unikające takiej drogi życia to „życiowo przegrani”. Równie dobre jest pokazanie tyłka, fikanie nogami, publiczne robienie z siebie idioty czy zaczepienie się w partii aktualnie rządzącej. Te przykłady mówią wprost: tylko tak szybko dojdziesz do pieniędzy, które pozwolą ci uniezależnić się od świata.

    Jeśli tego typu wartości są traktowane jako pozytywne, to automatycznie wspólna praca, zwłaszcza ciężka, postrzegana jest jako rzecz dla frajerów. Przyszłościowe myślenie i planowanie nie ma sensu, skoro żyć należy tu i teraz, mieć wszystko od razu i najlepiej bez wysiłku.

    Dość tego narzekania, czas zająć się czymś tworzonym wspólnie, z mozołem, ku uciesze innych ;)

  7. Jeremy says:

    To mniej więcej miałem na myśli. Za granicą jesteśmy postrzegani jako pracowici z jednego powodu: bo nam się to opłaca. Z tego samego powodu jak piszesz w kraju z reguły staramy się robić „na skróty”. Trudno mówić o moralności, czy etyce (bo tak naprawdę to o to przecież chodzi) jeżeli kolejne pokolenia uczyły się, że wartości te albo nic nie znaczą, albo też są nam narzucane przez „onych”, czyli wrogie, obce siły.

    Jak to mawiają „kto ma miękkie serce, musi mieć twardą d…ę”. Należę do tych osób i na dobrą sprawę szczycę się tym. Do chęci pomocy innym dołożyłem pewną dawkę zdrowego cynizmu, która pozwala mi przetrwać nie tracąc wiary w ludzi. Cieszy mnie to, że raz na jakiś czas odkrywam, że nie jestem sam. Smuci mnie, że jest nas tak mało. Staram się w miarę możliwości. Nic więcej zrobić nie mogę – rzecz w tym, żebym nie robił mniej. :)

  8. Mekk says:

    http://www.rp.pl/artykul/333307.html
    Nie można udawać, że to nie ma znaczenia.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>